Armagedon 2012
Wystarczy wbić się w chwytliwą tematykę, wykorzystując znane techniki przyciągania przez odwołanie się do ludzkich emocji (strach, niepewność, obawa o przyszłość), stworzyć kilka efektów specjalnych i być uznanym przez wszystkie portale filmowe... Mam wrażenie, że film 2012 w reżyserii Ronalda Emmericha, zdobył swą sławę jeszcze przed wejściem na ekrany kinowe wyłącznie dzięki powyższym tajnikom. Zdobywając dodatkowo rozgłos przez oparcie swego scenariusza na rzekomo sprawdzonej przepowiedni Majów, wyciągnął z domów ogromne rzesze spragnionych poznania swej przyszłości ludzi i powypełniał nimi sale kinowe po brzegi.
Bo taka już natura ludzka. Zawsze chcemy słyszeć o tym, co wywołuje w nas emocje, a tym bardziej strach. W warunkach niepewności uderzamy więc do wszelkich miejsc, w których widzimy nadzieję rozwiązania wielkiej zagadki.
Co z tego, że za samego mojego życia koniec świata ogłaszany był już przynajmniej kilka razy. Co z tego, że na początku jako małe dziecko i ja uwierzyłam w magiczną datę zwiastującą wielki krach ludzkości. Co wreszcie z tego, że z czasem zaczęłam wręcz na niego czekać – no przyjdź, nie strasz tak, no uderz we mnie ty końcu świata jeden! Takiś pewny? Takiś groźny? Takiś ważny, że wszyscy się mają ciebie brać? Proszę bardzo, pokaż mi się – przyjdź i walnij zamiast tylko straszyć. Nigdy nie odezwał się ani słowem, czasem strasząc tylko w wiadomościach kolejnymi dowodami na ocieplenie klimatu i nieuchronnej zagładzie skorupy ziemskiej i wszystkich jej żyjątek.
Aha, a jednak się odzywasz końcu świata. Od tego czasu z niezwykłą starannością skupienia zaczęłam oglądać wszystkie dzienniki, wiadomości. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień, nieliczne wiadomości o zagładzie klimatycznej zaczęły jednak zagłuszać sprawy mniejszego kalibru. Pojedyncze tragedie ludzi, o których mówiło się przynajmniej kilkanaście razy w czasie pół godzinnego odcinka newsów. Ciężkie choroby, głębokie rany szarpane zadawane przez ślepy los i potęgę kryzysu gospodarczego, rany kłute zadawane zwyczajnym ludziom przez niezwykłe sytuacje, rany postrzałowe powstałe w wyniku ślepych strzałów na marność ludzkiego losu. Spojrzałam dookoła siebie, zobaczyłam wszystkie małe tragedie które dzieją się u każdego z nas, dostrzegłam wszystkie straty i cierpienia jakich sama teraz doświadczam. I wiecie co? Dopiero wtedy usłyszałam głos ‘końca świata’ – „wzywałaś mnie, więc jestem. Tu i teraz. Zawsze do usług.”
Czy my naprawdę musimy czekać do 2012 roku? Świat kończy się nam przecież każdego dnia.
Oglądając Emmerichowską wizję zagłady ludzkości, można się oprzeć złudzeniu, iż główny bohater filmu jest człowiekiem nieśmiertelnym, co udowadnia przejeżdżając bez szwanku swym elastycznie dopasowującym się do sytuacji samochodem przez walący się dookoła świat... przez ziemię, która pęka wszędzie za wyjątkiem fragmentu, na którym akurat znajdzie się on ze swoją rodziną.
Świat się kończy, a ja wciąż żyję – mógłby rzecz
Świat dookoła mnie umiera, zmienia się, stacza, pękają najtrwalsze podstawy a ja wciąż żyję. Żyję i muszę patrzeć na to wszystko – wydaje się, że z kolei te słowa mógłby już wypowiedzieć każdy z nas.
Rozglądnijmy się dookoła – włączmy wiadomości, poczytajmy gazety, prześledźmy historie naszych znajomych i swoje własne – świat naprawdę się rozpada... Na swój sposób każdemu wali się ziemia.
Może więc Emmerich nie odniósł wcale porażki, rysując nam tak śmiesznie bajkową wizję końca naszego istnienia – może uciekł się do karykaturalnego naszkicowania wszelkich wielkich ludzkich obaw specjalnie? By zaśmiać się ze wszystkich naszych bezpodstawnych lęków na ten temat? By poprzez przesadę i przerysowanie pokazać nam, że granice ludzkiej zagłady nie wytyczy nigdy żadna magiczna data ani niezwykłe wydarzenie... że świat może naprawdę ginąć na naszych oczach w cichej otaczającej nas osobistej codzienności dnia...
Agnieszka Szarek